8. Komplikacje

Edit: Wybaczcie Nat ma szlaban i nie może pisać. Nienawidzę tego.



Odtworzyła powoli drzwi. Było już przed północą, a rodzice zazwyczaj już o tej porze spali. Wcześnie wstawali rano, dlatego musieli odpocząć w czasie snu. Zapaliła światło. Tak bardzo zdziwił ją widok zdenerwowanych rodziców w kosmatych szlafrokach. Nigdy ich takich nie widziała. Ojciec tupał zawzięcie nogą, a ręce miał oparte na biodrach. Był to mężczyzna o jasno brązowych, krótko obciętych włosach, wystającymi kościami policzkowymi i krzaczastymi wąsami, po czterdziestce z lekką nadwagą. Matka natomiast stała zamartwiona za ojcem, oparta o framugę drzwi. Oczy miała smutne i lekko podkrążone.
Zlękniona Alice odwróciła się w stronę Seraphina, on tylko kiwną głową na znak, żeby szła dalej. Zamknął za nimi drzwi i stał z boku, z początku tylko się przyglądając.
– O której to panna przychodzi do domu? – Głos ojca był opanowany, nie drżał. – Dlaczego nie byłaś w szkole? – po raz kolejny zapytał, lecz nie uzyskał odpowiedzi. – Co patrzysz na mnie jak byk na masarza!? I co on tu robi?
– Było już późno, więc odprowadziłem Alice do domu – odpowiedział Seraphin, widząc, że dziewczyna nie ma zamiaru się odezwać. Bo co miała powiedzieć!?
„Słuchaj, tato, musiałam dowiedzieć się wszystkiego o aniołach, podziękować za uratowane życie, przy okazji przeprosić mojego Anioła. Wiesz, tato, anioły istnieją!”
Ojciec lustrując anielistego kiwnął tylko głową, co w jego mniemaniu miało znaczyć, że naprawdę jest wdzięczny.
– Panu już podziękujemy, a ty piorunem do pokoju…
– Tak, tato – szepnęła. Spojrzała na Seraphina, a on tylko lekko się uśmiechnął. Rodzice nie mieli zamiaru od nich odchodzić, więc nie miała jak się stosownie pożegnać.
– To na razie – powiedziała smętnym głosem.
– Zobaczymy się niebawem – Prawy kącik ust Seraphina lekko drgnął, jakby powstrzymywał się przed posłaniem jej łobuzerskiego uśmiechu.


Gdy tylko drzwi zatrzasnęły się za chłopakiem, Alice, czując na sobie wzrok rodziców, poczłapała na górę do pokoju. Przypominając sobie zdarzenie w kuchni, na chwilę spojrzała w tym kierunku, lecz nowych domowników tym razem nie zauważyła.
Weszła do prawie ciemnego pokoju. Na początku nie zdawała sobie sprawy, co jest źródłem tego przepięknego blasku. Czym prędzej włączyła przyścienne lampki i oto jej oczom ukazał się Anioł, leżący na jej dwuosobowym łóżku. Nie wiedziała, że będzie to takie szybkie „niebawem”.
Seraphin podniósł głowę, spoglądając na swoją podopieczną. Uśmiechnął się do niej szeroko, a ona nie mogła nie odwzajemnić tego gestu.
– Nienawidzę, gdy to robią – jęknęła, tuż obok niego opadając na łóżko.
– Musisz uzbroić się w cierpliwość, niebawem im przejdzie – szepnął.

Próbowałem poznać jej najgłębsze zakamarki duszy i powiem, że całkiem dobrze mi to wyszło. Znałem ją prawie na wylot. Dobrze wiesz, że opowiadanie o niej nadal nie jest łatwe… No dobrze, niech ci będzie.
Alice nienawidziła kłócić się z rodzicami. Kiedy tylko ojciec podnosił na nią głos, zamykała się w sobie, nie potrafiła się przeciwstawić. Milczała, a czasami łzy same bez powodu cisnęły się do oczu. Była delikatną dziewczyną. Może, dlatego tak bardzo ją kochałem?



– Jeśli mnie nie polubią? – szepnęła cicho do Seraphina. Schodziła po schodach, a przed nią pewnie kroczył jej anioł. Alice nadal nie potrafiła się przyzwyczaić do jego skrzydeł, przecież to było takie nienaturalne, niecodzienne.
– Głuptasie, przecież oni cię dobrze znają, są twoją nieznaną rodziną. – Słowa te jednak zbytnio jej nie przekonały, a serce nadal łomotało jak szalone. Czy to nie dziwne, nagle poznać osoby, które od zawsze były przy tobie? Poznać tych, którzy tak naprawdę znają cię na wylot? Wiedzą, jak się zachowasz; zapewnie podczas ostatniego spotkania wyczuli, że wybiegnie z przerażeniem?
Rodzice już dawno wyszli, Josh poszedł się do szkoły, a ona udała, że idzie na późniejsze godziny. Przecież nie dowiedzą się, że skłamała. Nawet, jeśli mało ją to dzisiaj obchodziło, właśnie miała poznać swój drugi świat.
– Specjalnie dla ciebie opuścili swoich podopiecznych – szepnął jej do ucha, aż dostała gęsiej skórki. Tak bardzo się dla niej poświęcili!
Weszli do kuchni. Anieliści siedzieli podobnie jak poprzedniego dnia, lecz nie to zwróciło jej uwagę. W pokoju było nieziemsko jasno, aż była zmuszona przymrużyć oczy. Po raz pierwszy przy niej zebrało się tak dużo aniołów w jednym pomieszczeniu. Była zmuszona wziąć kilka porządnych oddechów, aby przypadkiem z wrażenia nie stracić przytomności. Uśmiechnęła się tylko blado, przyglądając się nowym postaciom.
– Alice, poznaj Hirtusa – powiedział Seraphin, wskazując dłonią na mężczyznę o czarnych, obciętych na jeża włosach. Siedział przy stole kuchennym, ale gdy tylko się zbliżyła, wstał i podał jej rękę. Uścisnęła ją. – To anioł twojego ojca.
Zdegustowana kiwała tylko głową. Nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego głosu.
Następnie wskazał na kobietę o krótkich, loczkowatych blond włosach.
– O to Vesper. – Kiedy Alice przeniosła na nią wzrok, ta uśmiechnęła się do niej po matczynemu. ¬¬¬¬– Strzeże twoją matkę.
– Jestem Res – spojrzała w dół. Około dziesięcioletni chłopczyk z anielistymi skrzydłami podał jej dłoń. Miał piękny, wdzięczny uśmiech. Wymienili się uściskami, po czym jej kąciki ust uniosły się powoli do góry. Nikt nie musiał jej tłumaczyć, o kogo troszczył się Res.
– Witajcie – powiedziała, lekko się do nich uśmiechając. – Cieszę się, że mogę was poznać.
Vesper powoli wstała od stołu i podeszła do Alice. Chwyciła ją za dłonie, a następnie spojrzała prosto w oczy.
– Przepraszam za wczorajszy poranek, nieładnie z naszej strony – powiedziała, uśmiechając się do dziewczyny szeroko.
– Nie przejmuj się…
Na chwilę zapadła niezręczna cisza. Dopiero po jakimś czasie odezwał się Seraphin:
– To my już pójdziemy…
– Tak, tak, nie będziemy wam przeszkadzać. – Uśmiechnęła się do nich szeroko Alice, dziękując im za pracę, jaką wykonywali. Czy kiedykolwiek będzie miała okazję im się odwdzięczyć? Zawsze przy nich byli, czy tego chcieli czy nie. Byli i pomagali.

Po sygnale, proszę, zostaw wiadomość.
– Cześć Alice! Tu Madelyn. Ostatnio się nie odzywasz. Coś się stało? Tak, właśnie pytam, może poszłybyśmy na jakąś kawę? Mam ci tyle do opowiedzenia! Alice! Znalazłam go! Jak będziesz mogła, proszę, oddzwoń. Pa!
Dziewczyna spojrzała na telefon. Przez chwilę wahała się, lecz przecież on wcześniej ją zaprosił. Madelyn znalazła tego jedynego? To było bardzo ciekawe, lecz czy chłopak, którego tak bardzo pragnęła zobaczyć, mógł czekać? Ona to zrozumie!
– Oddzwonisz? – usłyszała głos Seraphina. Stał oparty o ścianę w przedpokoju, gdzie znajdowała się Alice. Posłała mu lekki uśmiech, po czym chwyciła czarną torbę.
– Jestem umówiona z Zackiem, Madelyn zrozumie.
Anioł spojrzał na nią podejrzliwie.
– Jakby co, jesteśmy w kontakcie. Jak będzie coś się działo, to daj znać.
– Będę pamiętać.
Pocałowała go w policzek, uśmiechnęła się promiennie, poczym wybiegła z domu. Była taka szczęśliwa!

Zack miał przyjść do „Irys” tuż po tym, jak skończyła się jej zmiana. Czas niestety nie chciał przyspieszyć. Jak zwykle nie miała zbyt dużo klientów. Za oknem ciemne chmury zbijały się w całość, aby zakryć całe niebo. Zapowiadało się na deszcz i z nudów przechadzała się z kąta w kąt. Zrobiła sobie herbaty i trzymając w ręku różowy kubek, zaglądała przez okno. Przyglądała się jak ludzie widząc i czując kolejne krople deszczu, zakładają kaptury, otwierają parasolki. Ona tych łez się nie bała, lubiła przyjść do domu mokra od stóp do głowy. Wtedy mama zawsze przyglądała się jej z politowaniem. Odstawiła kubek do zlewu i już zabierała się za umycie go, kiedy usłyszała dzwoneczki. Odwróciła głowę i ujrzała rudą czuprynę Madelyn.
– Skończyłaś już?
Alice spojrzała na nią krzywo. Nie wiedziała, co tej dziewczynie mogło chodzić po tej rozczochranej głowie. Lecz jedna wiadomość do niej doszła: właśnie miała kończyć pracę, więc Zack miał być tu lada chwila.
– Widzę, że tak! – ucieszyła się dziewczyna, okrążając wzrokiem całe miejsce. Podbiegła do Alice i jej oczom ukazały się kluczyki – zapewnie te do zamknięcia „Iris”. Wzięła je, a przyjaciółce rzuciła płaszcz oraz torbę. Alice ze zdziwieniem łapała podawane jej rzeczy.
– Chodź, idziemy! – Wolną ręką złapała dziewczynę za dłoń i pociągnęła w stronę wyjścia.
– Ja nigdzie nie wychodzę, jestem umówiona! – jęczała Alice, próbując uwolnić się od uścisku Madelyn. Lecz ta jej nie słuchała i nadal próbowała wyciągnąć ją z lokalu.
Stojąc chwilę później w deszczu i przyglądając się zamykającej drzwi przyjaciółce, zrezygnowała ze stawiania oporu. Chociaż zawsze mogła uciec…
Rudowłosa pociągnęła kilka razy za klamkę, sprawdzając, czy dobrze zamknęła drzwi. Podała Alice klucze, po czym pociągnęła ją, by zaczęła z nią iść. Ona natomiast modliła się w duchu, aby Zack szybko się pojawił i uwolnił ją od najlepszej przyjaciółki. Rozglądała się na wszystkie strony, aby mieć możliwość go zobaczyć. Czy wybaczy jej, że tak po prostu zniknęła? Miała wielką nadzieję, że jest wyrozumiały i zrozumie, że porwanie przez przyjaciółkę jest prawdziwe.
– Coś taka cicha?
– Zamyśliłam się – odpowiedziała Alice, a z kolejnym zakrętem szanse na pojawienie się jej wybawiciela coraz bardziej stawały się znikome. Zack miał nie przyjść, to było już wiadome, a ona miała zostać w paszczy rudego potwora bez uczuć.
– Rozchmurz się, dziewczyno! Życie jest zbyt krótkie na wpadanie w wir myśli. Idziemy do „ciotki Liberty”?
Alice tylko kiwnęła głową. Kolejne krople odbijały się od chodnika. Dobrze, że Madelyn pomyślała o parasolu, nie miała ochoty dzisiaj moknąć. Gdyby była z Zackiem, to było by coś innego. Z nim zatapianie się w deszczu było by czyś naprawdę przyjemnym. Szliby tak niby blisko, a jednak między nimi byłaby dość duża przerwa, uśmiechaliby się do siebie i przez dłuższy czas nie odzywaliby się. Jego milczenie byłoby równie cudowne, co rozmowa z nim, wsłuchiwanie się w jego piękny głos.
Zapewne skryliby się pod jakimś daszkiem, może wtedy Zack skusiłby się ją pocałować? Lecz Alice miała nigdy się tego nie dowiedzieć. W zamian za to siedziała z Madelyn w tłocznej kawiarni ciotki Liberty.

Tak, dziś ta kawiarnia była przeraźliwie przepełniona. Wszystkie stoliki były pozajmowane, do tego znajdowały się tutaj wcześniej niezauważalne anioły. Te osoby różniły się od tych, które wcześniej znała. Nie miały skrzydeł. Jak to się stało, że się ich pozbyły? Czy to ich taka magiczna sztuczka? Widać jeszcze nie wiedziała wszystkiego, anielisty świat nadal skrywał przed nią tajemnice.
– Co tak dziwnie się patrzysz?
– A nie nic, tak jakoś. – Znów się zamyśliła, miała tylko nadzieje, że podczas tej chwilki nieuwagi jej twarz wyglądała choć troszkę mądrze. – Więc czemu się chciałaś spotkać?
– Oh, Alice znalazłam go! Znalazłam tego jedynego!
– Tak? – Ona przecież też znalazła, możliwe że właśnie tego jedynego. Miała taką maleńką nadzieję, ale niestety musiała opuścić spotkanie z Zackiem dla Madelyn, aby wysłuchiwać o tym jej najlepszym. Zastanawiała się też, co Zack mógł robić. Może jej szukał w tym deszczu? Biedny chłopak, pewnie myśli, że go wystawia. Tak bardzo przez to się nienawidziła.
– Oh, jak najbardziej! Jest taki świetny. Chciałabym ci go przedstawić. Oh, zaraz tu będzie! –świergotała jak ptaszek w klatce. To robiło się dla Alice bardzo dziwne, ona nigdy się tak nie zachowywała…
– Napisałaś mu wiadomość? – zapytała, pokazując telefon rudowłosej, znajdujący się na ich stoliku.
– O nie, nie. Wcześniej mu powiedziałam, żeby wpadł. – Ta sytuacja coraz bardziej stawała się pokręcona. Z takiej strony tej dziewczyny jeszcze nie znała. Żeby tak się zakochać… Wpadła jak śliwka w kompot!
– Jestem bardzo ciekawa, jaki jest. – Ten człowiek który tak cię bardzo zmienił!

Drzwi od kawiarni otworzyły się, a jej głowa natychmiast odwróciła się w ich kierunku. Do środka wszedł brązowowłosy chłopak o lekkim, ciemnym zaroście na brodzie. Na sobie miał białą kurtkę i czarne spodnie. Madelyn od razu rozbłysła i szczęśliwa pomachała mu, aby do niej podszedł. Zmierzał do nich z pewną gracją, a pomimo tego, że na zewnątrz rozpętała się straszliwa ulewa, wcale nie był mokry. Na szczęście Alice wiedziała, jak ich rozróżniać, kiedy są w ludzkiej formie. Teraz, kiedy może ich widzieć, cały czas widoczna jest dla niej także ich jasna aura.
– Alice, poznaj Adriela – dziewczyna uścisnęła jego ciepłą dłoń. Przyglądała mu się uważnie, długo mierząc go wzrokiem.
Był bardzo dziwną osobą, w dziewięćdziesięciu procentach niepasujący do Madelyn. Ona rozgadana, głośno wybuchająca śmiechem, momentami jej ruchy były niezgrabne, z duszą artysty, często błądząca w obłokach. On natomiast zdawał się być realistą twardo stąpającym po ziemi, poważny, odważny i odpowiedzialny. Alice trudno było zrozumieć jak ta dwójka znalazła wspólny język, przecież tak bardzo się różnili!
W ciągu godziny Adriel mało co się odzywał, a jeżeli miał coś powiedzieć, używał wyszukiwanych słów, a jego wypowiedzi jak najszybciej wyczerpywały temat.
Dziewczyna zdawała sobie sprawę kim jest chłopak, jednak przez cały czas nie chciała wychylać głowy. Może Madelyn nie zna prawdy o prawdziwej tożsamości jej lubego?

– Powinniśmy już iść. – Alice usłyszała te słowa około godziny dwudziestej pierwszej. Adriel podniósł się, nawet nie czekając na odpowiedź swoich towarzyszek. Dziewczyna spojrzała na Madelyn, ale ona już wstawała, ubierała jeszcze mokry płaszcz. Nie potrafiła zrozumieć postępowania przyjaciółki, takiej jej jeszcze nie znała.
Nie sprzeciwiała się i podążyła za ich przykładem. Przecież to nie była jej sprawa, nie powinna się wtrącać.
Wyszli, a na zewnątrz było już ciemno. Alice poczuła, jak zimne krople spadające z nieba opadały na jej ciało. Jak zatapiały się w jej włosach, jak spływały po jej twarzy. Madelyn otworzyła parasol i spojrzała w kierunku Adriela.
– Idźcie pod nim razem – usłyszały. Jego twarz była jakby kamienna, a oczy pilnie utkwione w twarzy swojej wybranki. Dziewczyny skryły się pod parasolem i od razu usłyszały charakterystyczny stukot o naprężony materiał. Szli tak powoli, a Alice co pewien czas spoglądała na chłopaka. Głowę miał spuszczoną ku dołowi, bacznie przyglądał się kałużom i spadającym do nich kroplom deszczu. Lekko zgarbiony, trzymał ręce schowane w kieszeniach spodni.

Jasnowłosa uwielbiała obserwować innych i od razu zauważyła zmianę zachowania Adriela. Po chwili podniósł głowę i zaczął się rozglądać. Coś usłyszał, coś, czego słuch Alice i Madelyn nie mógł wychwycić.
– Stójcie – powiedział, a jego towarzyszki stanęły, spoglądając na siebie ze zdziwieniem.
– Coś się stało? – zapytała zaniepokojona Madelyn. On jednak ją zignorował, bacznie wsłuchując się w miejskie odgłosy.
– Adriel…– On jednak uciszył ją gestem dłoni.
Nasłuchiwał, a po chwili Alice wiedziała, czego obawiał się chłopak.
Widziała ich. Wyłaniali się z ulicznych ciemności i wyglądali tak samo jak ci z opowiadań Seraphina czy Zacka. Serce utknęło jej w gardle, nie potrafiła wypowiedzieć żadnego słowa. Wskazała na nich palcem, lecz Adriel już ich widział. Jej przypuszczenia jednak się sprawdziły, był aniołem. Czy opiekował się Madelyn?
Spojrzał na nią i lekko kiwnął głową. I wtedy Alice ujrzała te straszne, krwistoczerwone oczy. W świetle latarni mogła ujrzeć w ich rękach ciemne, potężne miecze z połyskującymi runami. Mieli na sobie czarno-srebrne ubrania, a ich długie, siwe włosy opadały na poruszające się mroczne skrzydła. Było ich dwóch, kroczyli równo, ramię w ramię.
– Uciekajcie – powiedział Adriel, wychodząc przed dziewczyny. Stały zdezorientowane. Najdziwniejsze to wszystko było dla biednej Madelyn, która zdawała się nic nie widzieć. Wskazywało to na to, że nie znała prawdy o istnieniu aniołów, nie wiedziała, kim tak naprawdę jest „jej jedyny”.
– No już! – krzyknął, patrząc przed siebie na zbliżających się czarnych aniołów.
Alice wiedząc, że jej przyjaciółka się nie ruszy, złapała ją za łokieć i mocno pociągnęła. Trzymając ją, biegła przed siebie jak najdalej od upadłych.
– Wyrzuć go! – powiedziała do Madelyn, która cały czas trzymała nad nimi parasol. – No wyrzuć go! Tylko przeszkadza.
– Alice, co się dzieje? – jęknęła, stając. W reku cały czas trzymała ów przedmiot.
– Nie czas teraz na wyjaśnienia. Słyszałaś co mówił Adriel? Tak, wiec wyrzuć go i szybko biegnij…
Dziewczyna zorientowała się, że jeden z czarnych aniołów cały czas za nimi podąża. Muszą jak najszybciej go zgubić. Skręciły w ciemną uliczkę, biegły, a Alice modliła się, aby jak najszybciej się to skończyło. Żałowała, że nie ma przy niej Seraphina.
– Cholera! – krzyknęła, zauważając, że skręcenie w uliczkę było jedną wielką pomyłką. Skończyła się zaułkiem i nie miały dokąd dalej uciekać. Ich los został już przesądzony. Odwróciła się i ujrzała upadłego anioła, który znajdował się już bardzo blisko. Szedł powoli, nie spiesząc się, bawiąc się swoją ofiarą. Oczywisty był fakt, że jeśliby się postarał, szybko by je złapał. Lecz on był pewien swojej wygranej. Wiedział, że nikt mu nie przeszkodzi.


Ha! W końcu! Udało się, brawa, brawa dla "genialnej" Nat. Jak widzicie w oto tej nowej notce pojawiło się wiele nowych postaci, oczywiście zostały załączone już w podstronie o bohaterach. Dziękuję, za uwagę i cierpliwość.

Ehhhh.... Nat
poniedziałek, 21.września.2009



Szablon zrobiła Nat, na potrzeby własne, tylko dla Kołysanki Grafiki wykopane z i z deviantartu.
Jeśli chcesz to nie kradnij. Inne znajdziesz u Kobiet Pracujących .
X ~ X ~ X





Anioły jeżdżą pociągami,
Robią zakupy, chodzą do pracy.
Nie siedzą w niebie,
Bo człowiek dla nich więcej znaczy.

Menu ~
opowiadanie * inspiracja

ukochani ~
lupus *
gryfonka *
Victor *
pogaduchy *
świeczki *
Amelia *
adolescencja *
notatnik *
saturday-morning *
morbid *
the-uninvited *
wrzos *
lilenka *
kraina czarów *

autorka ~
Nat wraz z panną Meadowes próbuje odnaleźć oazę spokoju.
W wolnych chwilach zwierza się i pisze o wszystkim i o niczym.
Wspólnie z Kobietami Pracującymi tworzy dla innych.

przeszłość ~
Pióro I
Spotkania II
Zack III
Seraphin IV
W lekkim powiewie V
Sen VI
Opowieści VII